Wspomnienia arch.J.Stańkowskiej

zaswiadczenie.jpg

W przybliżeniu

Był dzień 23 marca 1945r. Leciałam wraz z mężem ze zburzonej Warszawy do Olsztyna dwoma samolotami. Dwoma, gdyż były to "kukuruźniki" - małe dwupłatowce, w których prócz pilota mieściła się tylko jedna osoba. Wehikuły te miały dwie zalety: leciały wolno i nisko. Siedziałam w odkrytej, sięgającej mi zaledwie do pasa gondoli, okutana w pożyczoną, od jakiegoś radzieckiego pilota kurtkę i czapkę woniejące wszelkimi zapachami Bliskiego Wschodu. Z niedużej wysokości mogłam dokładnie oglądać ziemię. Granica przedwojennej Polski z Prusami Wschodnimi była widziana z góry tak wyraźna, jak gdyby narysowana linią. Po Polskiej stronie szare chaty kryte słomą lub papą i wąskie, długie pasemka pól, a tuż czerwone dachy gospodarstw niemieckich i rozległe obszary gruntów. No i ogromne dywany lasów, a wśród nich skute lodem jeziora. Wreszcie Olsztyn. Widziałam go dobrze z góry, bo mój radziecki pilot zatoczył dwa okrążenia nad miastem zanim wylądował w Dajtkach na lotnisku. Gdy stanęliśmy na ziemi od razu zauważyłam, że mój mąż - myśliwy, żeglarz i miłośnik przyrody - jest zauroczony tą krainą i optymistycznie myśli o naszym nowym życiu tutaj. Ja jeszcze nie mogłam otrząsnąć się z widoku gruzów Warszawy i naszego zrównanego z ziemią domu. Myślałam: 3-5 lat tu i wrócimy do Warszawy. Wyszło 17 lat.
Do Olsztyna zostaliśmy delegowani przez Ministra Odbudowy, mgr Michała Kaczorowskigo, jako pierwsi fachowcy budowlani w tworzącej się polskiej administracji na terenie byłych Prus Wschodnich. Ja zrobiłam dyplom na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej w czerwcu 1939 r., mąż ukończył studia 5 lat wcześniej. Olsztyn został zajęty przez armię czerwoną bez walki. Ale w śródmieściu, zwłaszcza na Starym Mieście snuły się dymy i wybuchały pożary. To żołnierze radzieccy plądrowali i podpalali domy. Jeszcze względnie spokojnie było w osiedlach domków jednorodzinnych na obrzeżach miasta. Prawie wszyscy Niemcy opuścili Olsztyn i domy stały puste. Wybraliśmy domek na kolonii nad Jeziorem Długim. W pobliżu nas zamieszkali niezbędni w tej krainie jezior fachowcy od hodowli ryb i gospodarki rybnej: inż. Bolesław Dąbrowski - późniejszy rektor Olsztyńskiej Akademii Rolniczej w Kortowie, inż. Bolesław Gastman i inż. Witold Korzynek. Nazywaliśmy ich po prostu rybacy. A ponieważ byli oni silniejszą grupą zawodową (ich trzech a nas dwoje) zaproponowałem nazwać naszą ulicę RYBAKI. Dlatego "rybaki" a nie "rybacy" bo w Warszawie jest ulica Rybaki na Powiślu. Nasz ówczesny dom stoi przy ul. Rybaki nr 20. Nakleiwszy na drzwiach kartkę z "przydziałem" w języku polskim i rosyjskim zaczęliśmy poszukiwania ciepłej pościeli bo w naszym domu fruwało pierze z rozprutych poduszek i pierzyn. Widocznie żołnierze szukali w nich skarbów lub pruli dla rozrywki. Kiedy znaleźliśmy co trzeba, poszliśmy spać. Nie na długo. W środku nocy walenie do drzwi, pijane wrzaski "mołojców". Udajemy, że nas nie ma. U sąsiadów wybili szyby, żądali wódki, gdy dostali, poszli. Odtąd przenosiliśmy się wszyscy na noc do jednego domku, w którym stawialiśmy barykady z mebli przy oknach. Rano, dziwny, godny fotografa, pochód szedł do pracy. W obawie, że nasze z trudem zdobyte pierzyny i poduszki zostaną rozprute, nieśliśmy pękate toboły na plecach by je zdeponować w najbliższym posterunku M.O. do powrotu z pracy.
Miejscem naszej pracy był ratusz. Z zewnętrz wyglądał on jak parowiec, który za chwilę ma odpłynąć. Z okien wystawały i dymiły rury piecyków, bo centralne ogrzewanie było nieczynne. Dodatkowo ogrzewaliśmy się i w inny sposób: wypełnialiśmy kosze do śmieci papierami, których mnóstwo walało się po korytarzach i w tych koszach trzymaliśmy nogi. Po mieście chodziliśmy grupami, nigdy pojedynczo. Każdy miał przy sobie parabelum (co z tego, że ja nie miałam pojęcia, jak się strzela - kazali, nosiłam). Na rękawach mieliśmy biało-czerwone opaski z napisem w języku rosyjskim: "Polskie prawitielstwo". Opaski te były konieczne także dlatego, że większość z nas miała na sobie strój mocno prowokacyjny dla żołnierzy radzieckich. Były to bowiem ciepłe, wojskowe, niemieckie panterki, które znaleźliśmy w magazynie teatru. W tymże magazynie leżały maski przeciwgazowe. One to właśnie uratowały nas przed zatruciem lub nawet epidemią. W mieście nie było prądu, a więc nie działały wodociągi. W jeziorach i w Łynie pływały trupy... Wiadomo, że potrzeba jest matką wynalazków. I tym razem to się sprawdziło. Wykręcaliśmy z masek pochłaniacze i przez nie filtrowaliśmy wodę z jeziora przed zagotowaniem. Nieodkaźonej wody nie wolno było używać nawet do mycia zębów. A nasze zęby wówczas nie miały co gryźć. Co prawda wkrótce zorganizowano "stołówkę". Danie w niej było jedno, ale za to dietetyczne ? papka z mąki i wody, którą mogliśmy solić do smaku. Zakleilibyśmy się na amen, gdyby nie doniosłe odkrycie przy ul. Grunwaldzkiej -wędzarnia węgorzy! Chodziliśmy odtąd na lekkim rauszu bo przecież nie można było inaczej jeść tak tłustej ryby, jak popijając bimbrem. Bimber był jedyną walutą. Sklepów nie było, ale można było kupić zań różne, "zdobyczne" drobiazgi od żołnierzy, jak np. ja -zegarek. Mój "sprzedawca" okazał się profesjonalistą w tej branży, gdyż jak odchylił klapę płaszcza, na jej wewnętrznej stronie przymocowana była pozioma taśma i na niej nawleczonych kilkanaście zegarków. Ceny od pół do półtora litra za złoty b. ozdobny zegarek. Mój zwykły niklowy, szwajcarskiej firmy "CYMA" chodzi do dzisiaj. Tymczasem polskie władze porozumiały się z dowództwem stacjonującej w Olsztynie jednostki wojsk radzieckich i któregoś dnia wychodząc z ratusza poczuliśmy najpiękniejszy na świecy zapach - piekarnia wojskowa przywiozła nam CHLEB!!! Dostawaliśmy po dwie wielkie pajdy czarne i gliniaste, ale chleb. Trudno było pohamować apetyty, mimo ostrzeżeń, że po takim poście trzeba jeść bardzo ostrożnie. No i rezultaty były opłakane. Nasze obolałe żołądki leczył jedyny lekarz, akurat ginekolog (o ile pamięć mnie nie myli, doktor Dorant) który w swej specjalności nie miał okazji działać, gdyż pierwsza ekipa Polaków składała się głównie z mężczyzn. Zbliżał się dzień 1-go maja. Powierzono mojemu mężowi wykonanie dekoracji w mieście, a mnie delegowano do Warszawy po materiały na flagi. 18 kwietnia 1945r. znów wsiadłam do "kukuruźnika" mając ze sobą odpowiednie zaświadczenie, którego xero tu pokazuję. W Warszawie okazało się, że materiałów jest taka ogromna paka, która nie zmieści się w "kukuruźniku". Nie pamiętam, kto wpadł na genialny pomysł: owinięto mnie materiałami od góry do dołu i taką kukłę z wielkim trudem wciśnięto do gondoli samolotu. Jestem pewna, że nawet gdyby on obrócił się do góry kołami, nie wypadłbym. Po wylądowaniu w Dajtkach, gdy przysłana z urzędu osoba odwijała mnie, obecni tam żołnierze dostawali kolki ze śmiechu. Ale moja misja powiodła się i 1-go maja powiewały w Olsztynie flagi. Gdy ruszyła kolej, Olsztyn zaczął się zaludniać i normalnieć, ale to już inna historia.
*** Lata 1946-1947. To już nie Okręg Mazurski lecz Województwo Olsztyńskie. Urząd Wojewódzki na razie gnieździ się razem z Urzędem Miejskim w ratuszu, a wojewoda łypie pożądliwym okiem na gmaszysko przy Al. Zwycięstwa. Ale tam już siedzą P.K.P. i są twardzi jak szyna. Drugiego, odpowiedniego dla U.W. budynku w Olsztynie nie ma. Znajdujemy lokalizację przy ul. Kościuszki, a ja wpadam w szał projektowania - nareszcie! Cale noce szkicuję wspaniale wizje bo ma przyjechać Minister Odbudowy. Przyjechał i od razu wylał kubeł zimnej wody na moją głowę: "żadnych nowych inwestycji, kraj biedny, mogą być tylko remonty". Moje wizje idą do kosza nawet nie oglądane przez ministra. Jednak U.W. musi mieć swój budynek i minister zgadza się na odbudowę i rozbudowę wypalonej i częściowo zburzonej szkoły, stojącej na rogu ul. Kopernika i Al. Zwycięstwa. Z murów niewiele zostało, ale fundamenty należało wykorzystać. Z projektem i makietą pojechałam do Ministerstwa Odbudowy, chyba w towarzystwie wicewojewody. Dyskusja trwała niecałe dwie godziny i projekt został zatwierdzony. To były czasy! żadnych tam Sanepidów, Straży Pożarnych itp. wybrzydzaczy! Dużo później, gdy już nie było mnie w Olsztynie, obmurowano część filarów od ul. Kopernika, wybudowano schody w narożniku i obudowano skrzydło przy Al. Zwycięstwa, które według mojego projektu nie mogło być dawniej zrealizowane z braku pieniędzy. Ale moja budowa szła i wszystko byłoby cacy, gdybym nie wplątała się głupio w politykę międzynarodową. A było to tak: wiadomo, że w pierwszym po wojnie Rządzie Polskim premierem został Stanisław Mikołajczyk. Na polityce znałam się jak noga stołowa - rząd to rząd - mam swoją robotę i już. Ale któregoś dnia zwołano wielkie zebranie wszystkich pracowników urzędu. Wystąpiło na podium jakieś czarniawe indywiduum i wydukało z kartki potwornie kalecząc język polski uchwałę, że żądamy usunięcia z rządu Mikołajczyka, bo to reakcjonista londyński, wróg naszego ustroju itd. Na widok tej obcej mordy, a zwłaszcza słysząc ten język, wzięła nie cholera, że kogoś takiego mamy słuchać. Kiedy przyszło do głosowania uchwały i padło pytanie, kto jest przeciw - podniosłam rękę. Okazało się, że tylko ja. W grobowej ciszy jaka po tym zapadła, poprosiłam o głos. Wyraziłam oburzenie, że nie umiemy uszanować dopiero co odzyskanej niepodległej Polski i pierwszego Polskiego Rządu. Nie podałam pierwszego powodu, dla którego mnie tak poniosło. Po tym zaproszono mnie do U.B. i tam pisałam swoje życiorysy. Co jeden skończyłam, zabierali, dawali nową kartkę i tak przez 24 godziny. Wypuścili. Uważali mnie chyba za nieszkodliwą kretynkę, która jeszcze nie wie, że w tym ustroju wynik głosowania jest z góry przesądzony i jednomyślny. A może interweniował wojewoda Robel, który był z PSL. Teraz zaczęto mnie nękać ciągłymi kontrolami na budowie. Złośliwy szczur, który szukał dziury w całym, musiał jakoś się wykazać i wreszcie znalazł na mnie haka. Oto faktyczna długość budynku była dłuższa o 10 cm niż na projekcie. Szczur obliczył tę dodatkową kubaturę i kazał obciążyć mnie jej kosztami. Zaś różnica wynikała stąd, że wytyczano budynek parcianą taśmą, która widocznie była rozciągnięta. Byłam niestety niewypłacalna bo ani za projekt, który rysowałam po pracy w domu, ani za nadzór na budowie nie dostawałam honorarium. Ot, dodatkowe zajęcie urzędnika, można powiedzieć dla przyjemności. I rzeczywiście byty to czasy zwariowanej, radosnej twórczości, entuzjazmu i biedy. Ja z mężem i wielu innych, zachłyśnięci wolnością, nie bacząc za ile, harowaliśmy bez urlopów przekonani w naszych gorących łbach, że jesteśmy niezastąpieni. Gorączka jednak powoli opadała. Ja zaś nieco zmądrzałam politycznie.
*** W latach 1948-1950 wiele działo się w Olsztynie. Chociaż myślę, że moja skleroza nie odbiega od przeciętności, to gdy sięgnęłam do starych dokumentów aby napisać wiarygodną informację, byłam zaskoczona, ile spraw i dat umknęło mej pamięci. Ale cofnę się na chwilę do zdarzeń, które pamiętam bez dokumentów. Pierwsze to "skompletowanie naszej rodziny" przez sprowadzenie do Olsztyna w 1947 r. mojej matki i dwóch córeczek, Janiny l. 6 i Marty l. 4, które przebywały na wsi pod Rawą Mazowiecką. Drugie to moja przygoda na przełomie lat 1947-48, której nigdy nie zapomnę. Jako kierownik oddziału budownictwa w Wydziale Odbudowy Urzędu Wojewódzkiego jeździłam dużo po województwie. Tym razem jechałam do Bartoszyc. Była wyjątkowo śnieżna zima. Ale nasz łazik z tak zwanego demobilu miał dość wysokie podwozie więc wydawało się nam, że lekko pokona tę trasę. Tymczasem im dalej na północ, tym wyższe napotykaliśmy zaspy przy drodze. W dodatku zaczęła się niezła zadymka. Jechaliśmy na oślep, aż utknęliśmy. Korona drogi była tak wysoko zasypana, że powstały bardzo głębokie koleiny i nasz łazik legł "na brzuchu" kołami w powietrzu. Jest nas dwoje szofer i ja więc nie damy rady. A tu sypie i sypie. Wokoło tylko las. Nagle zamajaczyli przed nami dwaj ludzie z latarką - wybawienie! "Kuda wy jechatie" słyszymy i włos staje nam na głowie - jesteśmy w ZSRR! Tłumaczymy co i jak... Na szczęście oni byli też ciężko przerażeni, że przegapili przekroczenie przez nas granicy. Z wielkim pośpiechem wraz z moim szoferem zepchnęli i wykręcili z drugą stronę samochód. "Uchadit srawnum!" Uff... było nam gorąco mimo zadymki.
Nastało lato 1948r. Do Olsztyna zjechała gromada roześmianej, rozśpiewanej młodzieży - prawdziwa eksplozja młodości. To profesor Kazimierz Wejchert (wtedy adiunkt) przywiózł studentów Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, którzy pod jego kierunkiem wykonali jako praktykę wakacyjną tak zwane uproszczone plany zagospodarowania przestrzennego miast powiatowych. Kiedy jeździłam z nimi po terenie trzęsąc się na ciężarówce, wydawało mi się, że znów jestem studentką. Po pracy, do późną w noc wiedliśmy gorące dyskusje i śpiewaliśmy pieśni, ale nie z tych "Hej chłopcy ..." ? zbyt świeża rana. Wszak to byli przeważnie Warszawscy Powstańcy. Trudno przecenić wartość jaką w tamtych latach miały te opracowania, które przez długi czas stanowiły ważne narzędzie działania architektów powiatowych i tamtejszych miast.
Tymczasem powstają w Olsztynie jak grzyby po deszczu nowe instytucje i biura związane z architekturą i budownictwem. Trudno ustalić chronologię, bo wszystkie zaczęły działać w latach 1948-1949. Więc alfabetycznie:

  • Centralne Biuro Projektów Architektonicznych i Budowlanych, do którego przesiadłam się z krzesła w urzędzie na stołek przy desce jako kierownik pracowni architektonicznej, a potem urbanistycznej, którą następnie prowadził kol. Kazimierz Tyllo. W tych latach rodził się pierwszy plan ogólny miasta Olsztyna, za który otrzymaliśmy w 1950 r. Nagrodę II-stopnia od Ministra Budownictwa.
  • Dyrekcja Budowy Osiedli Robotniczych (DBOR), instytucja czuwająca nad prawidłową realizacją inwestycji, w której między innymi działał zespół fachowych i nieugiętych inspektorów nadzoru (gdybyśmy teraz takich mieli, nie byłoby tyle samowoli budowlanych).
  • Regionalna Dyrekcja Planowania Przestrzennego (od 01.05.1948 do 30.06.1949), w ciągu zaledwie roku opracowano tam zarys planu regionalnego rozwoju województwa (pod kierunkiem dyrektora inż. Władyslawa Hepke).
  • Technikum Budowlane zorganizowane przez mojego męża Jana Stańkowskiego, który był pierwszym dyrektorem. Musiał jednak odejść, gdyż będąc bezpartyjnym i mając wszystkie klepki w porządku, sprzeciwił się żądaniom kontroli partii aby ideologię marksistowsko-leninowską wprowadzić również do takich przedmiotów jak statyka, matematyka, materiałoznawstwo itp.
  • A teraz uwaga: w 1950 r. powstało Stowarzyszenie Architektów Polskich na Warmii i Mazurach. Na początku z powodu małej liczby członków zorganizowałam Koło SARP przy Oddziale Warszawskim SARP. Reprezentowałam Koło Olsztyńskie na Walnym Zjeździe SARP w grudniu 1952r. W 1955r. powstał już Oddział Olsztyński SARP. Olsztyński SARP obchodzi w 2000 roku swoje pięćdziesięciolecie - Hurra!
*** Jest lato i moje wspomnienia dryfują w kierunku jezior mazurskich, które w tamtych latach byty puste i ciche jako, że ryby głosu nie mają a tylko z nimi mieliśmy do czynienia. Każde wakacje spędzaliśmy na wodzie. Początkowo wypożyczaliśmy łodzie od różnych instytucji i na wiosłach sunęliśmy po kanałach i jeziorach. Marzyliśmy o żaglach by "jak łabędzie" mknąć z wiatrem. Mąż mój wraz z kolegą wybudowali dwie nieduże łódki (ok. 12 m2 żagla) w oparciu o znalezione gdzieś stare niemieckie rysunki. Byty to płaskodenki z mieczami. Ponieważ chcieliśmy przystosować naszą łódź do spania na niej czterech osób (my i dwie córeczki) podnieśliśmy pokład na dziobie i zrobiliśmy kubryk na rufie. Ja uszyłam ze zwykłego płótna żagle, które domowym sposobem zaimpregnowaliśmy. Tak powstała łajba zupełnie bezklasowa, ale spisywała się doskonale nawet w czasie gwałtownej burzy na środku Jeziora Śniardwy i dobiła szczęśliwie do Czarciej Wyspy. Lecz i na spokojnych wodach można przeżyć różne przygody. Któregoś dnia zdarzyło nam się trafić na miejsce obfitujące w raki. Cóż to będzie za urozmaicenie naszego jadłospisu złożonego głównie z ryb. Wieczorem przy świetle latarki złowiliśmy sporo raków, które umieściliśmy w garnku i przykryliśmy pokrywką, po czym poszliśmy spać. W środku nocy, z dzikim wrzaskiem zerwaliśmy się wszyscy omal nie wywracając łodzi. Raki bowiem zjednoczyły swoje siły, uniosły pokrywkę i rozbiegły się po łodzi podszczypując nasze nogi i nie tylko. Do samego rana wyszukiwaliśmy we wszystkich zakamarkach te dzielne zwierzątka by zwrócić im wolność. Żeglując po Jeziorach nie przybijaliśmy do brzegów. Mieliśmy z "demobilu" mały namiot, którego kalenicę tak zeszyłam, że "nawlekało" się ją na bom i był dach nad głową. Pod wieczór, zanim ucichł ostatni powiew wiatru rozpędzaliśmy łódź z zaszywaliśmy się jak najgłębiej w upatrzoną kępę trzcin, odsuniętą jak najdalej od brzegu. Zasypiało się cudownie na lekko kołysanej przez fale łodzi. A rano, na tle podświetlanego słońcem płótna namiotu podziwialiśmy "chińskie cienie" - poruszane wietrzykiem liście trzcin i przysiadające na nich małe ptaszki. No, ale się rozmarzyłam. Pewnego razu fale były silniejsze i wypchnęły łódź z kępy trzcin na środek jeziora Mamry, a my sobie słodko śpimy. Budzimy się i nie wiemy, w którym miejscu jesteśmy. Mgiełka, wokoło zarysy identycznie wyglądających zalesionych brzegów. Według kompasu kierujemy się na wschód i po pewnym czasie widzimy jakieś zabudowania. Ponieważ zjedliśmy już swoje zapasy przybijamy do brzegu by coś kupić. Okazało się, że przybyliśmy do półwyspu Kal. Ja zostaję na łodzi a mąż idzie do wsi próbować kupić chleb, jaja i ser. Wcale nie jest to takie pewne, czy coś u chłopów dostanie, a sklepów nie ma. Tymczasem ja siedzę w łodzi i patrzę na krowy i byka pasące się na przybrzeżnej łące. Mam na głowie czerwoną chustkę w białe kropki. Być może ta właśnie chustka zwróciła uwagę byka, który nagle ruszył do brzegu i ku mojemu przerażeniu postawił kopyto na dziobie łodzi. Nie myśląc co robię złapałam wiosło i pchnęłam byka w nos, zresztą dość słabo. Zdumione byczysko cofnęło kopyto I z pewnym ociąganiem zaczęło się cofać. Na szczęście wrócił właśnie mój mąż, który miał też na głowie czerwoną chustkę w białe kropki. Jak najszybciej odbiliśmy od brzegu. Byk biegł jakiś czas wzdłuż brzegu przyglądając się nam. Przysięgam!!! Tak było ? szkoda, że przy tym nie było fotografa. Niech więc wystarczy ten nieudolny szkic, który nie oddaje grozy sytuacji. Człowiek w niebezpieczeństwie robi rzeczy, w które po tym samemu trudno uwierzyć. Mąż rozsławiał mnie jako pierwszą na świecie torreadorkę. A swoją drogą ja myślę, że to był potomek byczka "Fernando", ciekawski a nie bojowy.
*** Właściwie powinnam to wspomnienie zatytułować tak: "jak naszym zdumionym oczom objawił się socrealizm w architekturze". Ale najpierw chce przypomnieć, że w latach 50-tych obowiązywał w statucie SARP przedwojenny jeszcze zapis, który dzielił członków SARP na "zwyczajnych" i "nadzwyczajnych" tj. świeżo upieczonych po studiach architektów, którzy jeszcze nie mieli praktyki zawodowej. Dopiero po wylegitymowaniu się swoim dorobkiem w architekturze, można było zostać członkiem zwyczajnym SARP ze wszystkimi prawami statutowymi. Takie to było "arystokratyczne stowarzyszenie" w Polsce ludowej. Dlatego, o czym pisałam w poprzednim wspomnieniu powstało w 1950 r., na razie tylko koło SARP. Jeszcze mnie było wśród nas architektów z uprawnieniami budowlanymi. W związku z tym projekty budynków użyteczności publicznej musiały być zatwierdzane w Warszawie. Powstał Komitet Urbanistyki i Architektury, który organizował tzw. Regionalne Pokazy Architektury obejmujące po kilka województw. Olsztyńskie należało do Warszawy. Wtedy właśnie Wojewódzka Komisja Planowania Gospodarczego postanowiła wybudować sobie budynek. Taka gradka: nareszcie od podstaw nowego! Zabraliśmy się z kol. Leonem Kowalczykiem dziarsko do roboty, w wyniku której powstał projekt, którego "Rysunek pamięciowy" (nie wiem, dlaczego kojarzy mi się z listami gończymi?) po wymianie myśli między nami telefonicznej i listownej, naszkicował kol. Leon. Oczywiście chodzi tu tylko o samą ideę. Ogromnie dumni z tego dzieła znaleźliśmy je na Regionalny Pokaz Architektury. Przewodniczący "Wysokiej Komisji" oceniającej przedstawione tam projekty gdy podszedł do naszego, rzekł: "Oto proszę państwa jaskrawy przykład, jak nie należy projektować. Gdzie tu jest architektura? Autorzy nie wiedzą w ogóle, co to jest architektura socrealizmu. "Cóż my, zaszyci w głębi lasów "zacofańcy", pamiętający jedynie to, co wynieśliśmy od wielkich przedwojennych mistrzów byliśmy bardziej zdumieni niż zmartwieni. No i zaprojektowaliśmy to, co teraz stoi przy ul. Kościuszki. Socrealizm trafił u nas na bardzo jałowy grunt. Nie możemy poszczycić się żadnym obiektem tej architektury, głównie zresztą z przyczyn ekonomicznych. I oto mamy lukę w historii stylów powojennej architektury Warmii i Mazur.