Wycieczka po Oberlandzie - 25 sierpnia 2010r.

Pomysł wspólnego wyjazdu architektów, konserwatorów zabytków i historyków sztuki zrodził się w toku pracy SARP-u i Regionalnego Ośrodka Badań i Dokumentacji Zabytków nad przygotowaniem konkursu architektonicznego "Twój dom-dialog z tradycją". Uznaliśmy, że warto byłoby przypomnieć sobie charakterystyczne elementy architektury Oberlandu, tzn. regionu położonego pomiędzy Warmią, Żuławami, Powiślem i Mazurami. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Jonkowa, wsi leżącej jeszcze na Warmii, a dokładniej od kościoła z X IV w. , ciekawego zwłaszcza ze względu na ostatnią przebudowę z 1911 r. wg projektu Fritza Heitmanna. Mieliśmy okazję podziwiać XIX-wieczną polichromię na drewnianym sklepieniu a także historyczną więźbę dachową.

Kolejnym punktem objazdu było oberlandzkie miasteczko Morąg, gdzie dzięki kustosz miejscowego muzeum pani Magdalenie Bartoś zwiedziliśmy pałacyk Dohnów z wystawą malarstwa holenderskiego i ekspozycją wnętrz stylowych , a także kościół z początku Xiv wieku z barokowym wyposażeniem, epitafiami Dohnów  i odkrytą w czasie prac restauracyjnych późnogotycką polichromią . Obejrzeliśmy także pozostałości zamku krzyżackiego, w którym kilka lat temu odkryto na stropach dobrze zachowaną renesansową polichromię, niszczejącą niestety z braku odpowiedniej konserwacji.

Z morąskiej siedziby Dohnów udaliśmy się "w gościnę" do Kwitajn, gdzie mieści się dawna posiadłość Dönhoffów. Zachowane założenie pałacowo-parkowe wraz z towarzyszącym folwarkiem oraz przylegającą wsią, położone w ujmującej amfiteatralnej dolinie w otoczeniu kilku stawów stanowi tak spójny i uroczy kompleks, że nawet potężna wichura nie zdołała wywiać nas z historycznych traktów. Niestety, pomimo wcześniejszego zaanonsowania nikt nas nie przywitał i tajemnicze wnętrze pałacu pozostało dla nas tajemnicą. Jedyne co wiadomo, to że rodzina Dönhoffów rezydowała w pałacu przez 200 lat, prowadząc tu fundację wspierającą ubogich. Tak było aż do czasu II wojny światowej, kiedy to ostatnia spadkobierczyni  majątku - hrabina Marion Dönhoff, uciekła przed grożącym jej niebezpieczeństwem konno wprost do Niemiec.

Na trasie naszej wycieczki znalazło się malownicze miasteczko Pasłęk, zbudowane przez osadników holenderskich, co widoczne jest w nietypowym kształcie rynku Starego Miasta. Ma on kształt ulicowy, prostokątny, charakterystyczny dla stylu holenderskiego. Dobrze zachowane mury obronne, baszty, okazały gotycki kościół i ratusz świadczą o ówczesnej świetności miasta i zamożności jego mieszkańców. Szczególnie zachwycił nas jednak niewielki renesansowy kościół ryglowy z nietypowym wystrojem wnętrza, jako że jest to kościół wspólnotowy parafii ewangelicko-augsburskiej i prawosławnej parafii św. Onufrego. Po drodze do Młynar wstąpiliśmy na chwilę do kościoła w Mariance, aby zobaczyć niedawno odsłonięte i poddawane obecnie pracom konserwatorskim gotyckie polichromie i - po raz kolejny- wspiąć się na strych i obejrzeć konstrukcję dachu.

Kolejny zwiedzany przez nas obiekt to XIV-wieczny kościół w Młynarach z barokowym wyposażeniem z XVII wieku. Ołtarz i organy z zabytkowym prospektem zostały niedawno odrestaurowane tylko dzięki finansowemu zaangażowaniu parafian - jak podkreślił ksiądz proboszcz. Dzięki uprzejmości księdza mogliśmy również wysłuchać brzmienia organów.

W dźwięku tych fanfar udaliśmy się w malownicze podcienia domów we wsi Łęcze, w której ten typ architektury zachował się najlepiej. Taki rodzaj zabudowy zawdzięczamy Holendrom, Szwajcarom i Niemcom osiedlającym się na tych terenach od XVIII wieku. Domy podcieniowe w Łęczu sprawiają naprawdę imponujące wrażenie. Są to budynki dość dużych rozmiarów, w których do głównej bryły, zwykle zrębowej, dostawiano centralny ryglowy podcień pełniący dawniej funkcję spichrza. Podcienie usytuowane są od strony ulicy, gdzie znajduje się też główne wejście. Miejsce po podcieniami było wybrukowane i na tyle duże by pomieścić zaprzęg konny. Te niezwykłe walory architektoniczne nie uchroniły niestety domów podcieniowych w Łęczu  przed dewastacją a nawet rozbiórką. Jeden z budynków niedawno spłonął, o czym świadczy nieuprzątnięte jeszcze pogorzelisko.

Żadna wycieczka nie może obejść się bez nieoczekiwanych zdarzeń i tak nam udało się"zgubić autokar". Okazało się, że kij może i ma dwa końce, ale wieś niestety nie i umawianie się na końcu wsi nabiera ambiwalentnego znaczenia. Kiedy na "naszym" końcu wsi nie spotkaliśmy autobusu, a głód i nadwerężony pęcherze dawały się coraz bardziej we znaki, nieszczęścia dopełniła nadciągająca ulewa. W niewyobrażalny obraz radości zmieniła się cała wycieczka, gdy na horyzoncie pojawił się nasz żółty autobus sprowadzony przez operatywną przewodniczkę. Niestety, na zaplanowany wcześniej posiłek w cesarskich Kadynach dotarliśmy z ponadgodzinnym spóźnieniem i na zwiedzanie wsi pozostał nam marny kwadrans. Szkoda, bo wieś to bardzo ciekawa i niezwykle urokliwa. Swój rozkwit przeżyła na przełomie XIX i XX wieku, kiedy to na mocy testamentu A. Birknera przeszła w posiadanie cesarza pruskiego Wilhelma II i stała się ulubioną letnią rezydencją cesarskiej rodziny. Wilhelm II nakazał odbudowę majątku i budowę nowej wsi wg projektu berlińskich architektów. Z jego polecenia powstała też szkoła, manufaktura ceramiczna i cegielnia. Po latach zapomnienia i zaniedbania w końcu XX wieku, Kadyny zdają się obecnie wykorzystywać swe niezwykłe walory turystyczne i przeżywają drugi renesans.

Szczególne podziękowania dla naszej przewodniczki - pani Iwony Liżewskiej oraz naszej sponsorki - Doroty Kozakowskiej z firmy Deco Polska.

Zdjęcia - kliknij tutaj